Z tęsknotą wspominam zmarłe psy

by Dorota Zgutka

W dniach 1 – 2 listopada zdecydowana większość publikacji dotyczyć będzie Wszystkich Świętych i Święta Zmarłych. Nie za bardzo mam ochotę na powielanie tematu. Dlatego dzisiaj wspominać będę zwierzaki, które towarzyszyły mi w życiu i już odeszły za Tęczowy Most.

Bokserka Saba i wiejskie psy

Były to psy z czasów mojego dzieciństwa. Pierwsze psy, z jakimi miałam do czynienia, były zwykłymi kundelkami. W dzieciństwie potrafiłam rozmawiać z psami ich językiem — zostało mi to do dzisiaj. Piesek Barni i piesek Krecik to psy, dzięki którym jako małe dziecko nie bałam się zwierząt.

Natomiast Saba to pies, którego matka przyprowadziła do domu, gdy byłam w IV klasie podstawówki. Była to dorosła suka, która uważała, że trzeba mnie bronić. Nikt nie mógł do mnie podejść. Kochałam ją bardzo. To była bardzo mądra psica. Gdy śniła mi się przed egzaminem na studiach, mogłam mieć pewność, że egzamin zdam. Gdy się nie śniła, wychodziło na to, że lepiej było brać L4.

Piesek Szymuś — staruszek ze schroniska

Szymusia adoptowaliśmy ze schroniska, gdy pies miał 10 lat. Tak twierdziło schronisko, chociaż najprawdopodobniej piesek był dużo starszy. Po kilku dniach przestał chodzić, ale udało się go postawić na nogi. Dużo chorował, ale nic dziwnego — pies nie miał najlepszej przeszłości.

Kiedyś przez przypadek odkryłam, jaka była jego historia. Jakaś kobieta rozpoznała go i powiedziała, że jego dawna pani jest ciężko chora. Mąż tej pani nie chciał opiekować się psem, więc psisko musiało sobie samo radzić w mieście. Dostawało pączki z lokalnych sklepików (faktycznie, pies szalał na widok pączków). Szymuś rozpoznał tę niby sąsiadkę, bo bardzo ucieszył się na jej widok (a nie był to radosny pies).

Szymuś był z nami przez 19 miesięcy. Zabrała go agresywna choroba nowotworowa. Z psem miałam bardzo silną więź. Pies doskonale wiedział, że jest „mój” i to mnie wybrał za swoją opiekunkę.

Foto ze schroniska / autor nieznany
Szymuś w naszym domu

Czupi — pies jak z bajki

Czupi to również pies ze schroniska. Miał 8 lat, gdy go adoptowaliśmy. Tego pięknego psa nikt nie chciał, gdyż miał czarne plamy na języku, które niby mają świadczyć o agresywności. Pies w klatce mieszkał 3 lata i był całkowicie zrezygnowany. Zdecydowaliśmy się go zabrać do nas, gdyż nam się śnił. Okazało się, że psem w ogóle nie trzeba było pracować. Był to bardzo dobrze ułożony i wychowany pies. Po prostu nie mogliśmy uwierzyć w nasze szczęście.

Foto ze schroniska / autor nieznany
Czupi na spacerze z nami

Cudowny pies o wyjątkowym usposobieniu sam zadecydował, że do mojego gabinetu nie można wpuszczać teściowej. Starał się być z nią w dobrych relacjach i korzystał ze smakołyków, ale gdy tylko ta zbliżała się do gabinetu, przebiegał jej drogę i blokował wejście. Sam to wymyślił (ja psa nie szkoliłam).

Czupi na spacerze z nami

Pies był z nami 3 lata. Zabrała go choroba nowotworowa. Po długiej żałobie po psie doszliśmy do wniosku, że następnym razem weźmiemy młodszego psa. Stare psy za szybko odchodzą. Za bardzo nas to bolało. Gdybyśmy jednak mieszkali w domku jednorodzinnym, to u nas by dom znalazło kilka starych psów (bardzo lubię psich seniorów i wiem, jak się nimi opiekować). Miesiąc po śmierci Czupiego wzięliśmy ze schroniska psa, który jest z nami 6 lat.

Tęsknię za psami, których już nie ma, a które tak pięknie towarzyszyły mi w życiu. Chociaż ileś lat nie miałam psa, co wynikało z szybkiego stylu życia i nadmiaru obowiązków, to obecnie nie wiem, jak ja przez tak długi okres mogłam żyć bez psa. Dzisiaj sobie tego zupełnie nie wyobrażam. Każdy z adoptowanych psów jest psem „z drugiej ręki”, ale mam nadzieję, że wszystkie będą na mnie czekać. Bo przecież kiedyś nadejdzie i „mój czas”. Być może po tej stronie nie będzie nikogo, kto będzie chciał mnie pożegnać. Ważniejsze jest jednak to, który z kudłaczy gdzieś w innym wymiarze radośnie mnie przywita.